Wilek Markiewicz
Zygmunt późną nocą wracał do siebie, sunąc autem po pustych ulicach miasta. Głowa szumiała mu nieco, jako że grzebał swój stan kawalerski na hucznej zabawie z kolegami biurowymi. Jutro, a właściwie już dziś, bierze ślub z Helenką. Jazda przebiegała bez historii, mimo że w głowie czuł nadmiar alkoholu, kierował wóz sprawną ręką. Latarnie uliczne nikle oświetlały sunącą ku niemu szosę i anonimowe kamienice o zamkniętych oknach przesuwające się monotonnie, gdy wtem, na wysokości jednego z okien zauważył
jakiś poruszający się kształt. Nie zwrócił specjalnie uwagi, aż nie zbliżył się na tyle by móc dojrzeć, że była to sylwetka ludzka zwisająca w pustce, na wysokości 4-go piętra. Była to dziewczyna, trzymał ją za nogę mężczyzna, wychylony przez okno. Zygmunt zahamował gwałtownie, wyskoczył z auta i słyszał jak mężczyzna wołał coś zduszonym głosem. Na pewno wzywał pomoc i nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że znajduje się u kresu sił.
– Trzymaj, już biegnę! – krzyknął Zygmunt. Jednym susem wskoczył do bramy, przebył pędem cztery piętra i znalazł się w wąskim korytarzyku naprzeciw jedynych drzwi, które wyważył pchnięciem ramienia. Podbiegł do okna i uchwycił nogę dziewczyny z mdlejących dłoni mężczyzny. Był już najwyższy czas.
Wszystko odbyło się tak nagle, jak gdyby czas zawieszony w bezruchu zaczął dopiero teraz swój bieg na nowo. Wyczerpany organizm Zygmunta żądał tchu, krople potu ukazały mu się na czole i serce waliło jak młotem. Ona była młodziutka, blondynka, drobna jak laleczka. Drżała, może z zimna, gdyż niewiele miała na sobie odzieży i w pewnej chwili zaniosła się gwałtownym szlochem i rzuciła się na materac leżący w kącie pokoju.
Mężczyzna był młodym zarośniętym typem hipisa. Jakby akt ratunku wycisnął z niego resztki energii, znieruchomiał, wpatrzony przed siebie jak manekin. Zygmunt nie mógł wydobyć od niego jednego słowa. Czyżby narkotyk tłumaczył sytuację?
Zygmunt rozejrzał się po pokoju. Mieszkanie złożone z pokoiku, wnęki kuchennej… Skrzynka zamiast stołu, poduszki miast krzeseł. Szukał wzrokiem telefonu, którego najwidoczniej nie było. Czuł się bezradny. Sytuacja nie zmieniała się. Dziewczyna łkała wciąż, rozciągnięta na materacu, zaś mężczyzna wpatrzony przed siebie, mamrotał bez związku. Czy można ich zostawić samych? Nie, ryzyko jest za wielkie. Zygmunt był już zdecydowany dojść do okna i wzywać pomocy gdy – popatrzył na dziewczynę i – coś go wstrzymało. Ona drobna, bezbronna, tak dziewczęca… Leżała, blond włosy zakrywały jej całkowicie plecy. Zygmunt poczuł, że nozdrza mu się rozwierają i krew zaczyna bić w skroniach. Położył rękę lekko na jej włosach i cofnął ją ku sobie, patrząc na mężczyznę. Lecz ten wciąż nie reagował, wpatrzony przed siebie jakby osłupiały. Zygmunt był bezwzględnie panem sytuacji.
Trzeba ja ratować – powtarzał machinalnie, lecz te słowa dyktowała mu czysta hipokryzja. Inna myśl kiełkowała coraz wyraźniej i natrętniej: “Będzie to królewskie pogrzebanie stanu kawalerskiego. Ta laleczka z porcelany, ta tajemnicza nieznajoma, wpadła mu dosłownie w ręce jak manna z nieba. Z tym durniem znieruchomiałym i tak nie można jej zostawić samej, on nie potrafi jej zapewnić bezpieczeństwa…”.
Zwrócił się do mężczyzny, z nadzieją, że jak dotąd jego słowa nie dotrą do tamtego świadomości: “Nie można jej tak zostawić. Pan może mieć z nią znowu kłopot, gdy stąd odejdę. Lepiej będzie gdy… zabiorę ją ze sobą. Mam znajomego lekarza w dobrej klinice, ona będzie pod dobrą opieką”. To mówiąc, okrył dziewczynę swym płaszczem i delikatnie uniósł ją w swych ramionach. Nie stawiała żadnego oporu, ani mężczyzna nie reagował, zagubiony w swym śnie na jawie.
Zygmunt jak na rozżarzonych węglach, obarczony swym drogocennym ciężarem, skierował się ku wyjściu. Oczekiwał lada chwila ciężkiej ręki spadającej mu od tylu na ramieniu. Z każdą chwilą czuł się pewniejszy. Ale gdy znalazł się na dole i osadził dziewczynę w aucie, nie miał już najmniejszej wątpliwości; piękna zdobycz należała do niego. Czuł się jaskiniowcem, brutalna prymitywna męskość rozsadzała mu duszę poczuciem podniety nie zaznanej chyba od wczesnych lat młodzieńczych.
Dojechał do siebie, uniósł dziewczynę z auta i przeniósł przez próg jak oblubienicę. Ułożył ją na tapczanie, zapalił przyćmione światło i nastawił płytę o delikatnej romantycznej melodii. Pozostawił ją na chwilę samą i powrócił w jedwabnym szlafroku. oraz z kieliszkiem w ręce. Pij, szeptał przykładając jej do warg mocny aromatyczny napój, będzie dobrze już, zobaczysz, że będzie dobrze. Dziewczyna piła bez oporu, zaś on szeptał pocieszające słowa, głaszcząc ją po włosach, po twarzy, owiewał ją gorącym oddechem, przybliżając się coraz bardziej, wreszcie, nie panując już nad sobą, ścisnął ją w swych ramionach i począł całować i całować bez pamięci.
Wtem poczuł się unieruchomiony. Nie zwrócił początkowo uwagi, zamroczony namiętnością, gdy wkrótce poczuł straszny ból i coś zaparło mu oddech. Jego przerażonym oczom ukazało się coś bezkształtnego, śliska i chłodna masa kłębiła się pod nim, a potworne niezliczone macki okręcały go i dusiły, ssały soki i życie…
*
Świtało. W niewielkiej kawalerce młoda drobna dziewczyna szykowała się do wyjścia. Ani jednego spojrzenia nie udzieliła trupowi leżącemu na tapczanie. Na jego bezkrwistej, o papierowej bladości skórze widniały straszliwe okrągłe i fioletowe ślady. A w jego szeroko rozwartych oczach malował się wyraz terroru, jakby ostatni obraz, który utrwalił się przed śmiercią przerastał swą potwornością wszystko, co ludzka imaginacja zdolna byłaby pojąć. Płyta wygrywała bez przerwy tę samą delikatną i romantyczną melodię.
*
Nieliczni przechodnie o tak wczesnej porze zdziwieni patrzyli na młodą jasnowłosą dziewczynę w męskim płaszczu, zbyt wielkim dla niej, widocznie nic nie noszącą pod nim. Szła, jakby wiedziona niezawodnym instynktem, do siebie, ku swojemu znarkotyzowanemu. Każdy ku swojemu po swoje…
****
Ta nowelka jest zainspirowana przez dwa wydarzenia dnia z codziennej prasy, bez związku między sobą. W jednej, młoda dziewczyna, pod wpływem narkotyków, wyskoczyła przez okno ku swej śmierci. Jej przyjaciel starał się ją powstrzymać, lecz tylko jej bielizna pozostała w jego ręku. W drugiej historii, młoda kobieta ubrana tylko w trencz, chodziła jak w transie po ulicy, o wczesnym poranku. Według opisu, jeden znany dentysta rozpoznał w niej swą od dawna zaginioną córkę.
