Czlowiek z tych pol, ktory palil lasy sosnowe

Antonio Ruiz Machado
(z cyklu Ziemie hiszpanskie)

w tlumaczeniu Wilka Markiewicza

Czlowiek z tych pol, ktory palil lasy sosnowe
I reszty zweglone jako zdobycz rwie
Kiedys zmiotl wokol siebie czarne dabrowy
Wycinajac mocne gorskie pnie.

Dzis patrzy jak jego dzieci ouszczaja jego progi
I jak szarpane burzami jego ziemi garscie
plyna swietymi rzekami ku morzom szerokim
A on przekletych pustkowii trzyma sie uparcie.

Pochodzi z pnia twardych wedrownych pasterzy
Ktorzy od wiekow gnali chordy merynosow
W zyzna Estremadure, w kierunku rubiezy
Gdzie wiatr i slonce jednako wiaza pasma losow.

Maly, zwinny, wytrzymaly, spojrzenie wciaz gotowe
Wpadnietych czujnych oczu, o ostrzu cierni kolczastych
A ponad wystajace kosci policzkowe
Rzut lukiem arbalety brwi bardzo krzaczastych.

Zapelnia zly czlowiek i wioski i glusze
Zdolny do zwierzecych zbrodni, oddany snom zgubnym
Ktory pod zgrzebna szata skrywa brzydka dusze
Niewolniczo zakuta siedmiu grzechom glownym.

Spojrzenie bywa zamglone jakby tumanem zadumy
Trzyma kurczowo swa zdobycz i placze gdy inny cos zyska
Nie zwalcza zlego losu i nie umie uzyc swej fortuny
Szczescie i nieszczescie jednako go uciska.

Krwawe i zawziete jest tych ziem bozyszcze
I pora gdy nad wzgorzami slonce w dali zanika
Widac jakby sie kolyszace stworzenie mitologiczne
Gigantyczna forme Centaura-Lucznika.

Zobaczysz pustkowia bojowe i pustelnie ascety
Nie wsrod tych pol rozciagal sie biblijny sad
Jest to ziemia orlow, ta czastka planety
Na ktora cien wedrowny Kainowy padl.