Wilek Markiewicz
Niedawno widzialem wstrzasajacy film francuski “Bogowie i ludzie” o meczenstwie francuskich trapistow w Algerii,w 1996 roku. Wspaniale akcenty religijne w klasztorze polozonym w gorach Atlasu, ich braterski stosunek z lokalna ludnoscia, dyskusje na wysokim poziomie wsrod bardzo przekonywujacych braci na temat czy sie ratowac czy zostac do konca.Najwazniejszy argument by odejsc bylo: meczenstwo nie nalezy do naszych glownych zadan, zas by zostac: “tu moj dom. tu moja rodzina czyli wy — tu moje powolanie. Juz mnie z przeszloscia nic nie laczy.” Jedna lokalna kobieta z okazji debaty, powiedziala: “Ptaki to my, zas wy galezia ktora nas podtrzymuje. Bez was, wszyscy predzej czy pozniej odejdziemy.” Bracia pozostali, ku swojej smierci. Z jednej strony religia jihadistow ktora sie podtrzymuje terrorem, z drugiej strony bezgraniczna milosc trapistow do powolania, do lokalnych. Moze do najbardziej wstrzasajacych momentow nalezala wizyta mnicha z Francji, ktory przywiozl wspanialosci jak ser francuski, flaszke czy dwie wina, lekarstwa dla mnicha lekarza ktory leczyl okoliczna ludnosc, hostie… Bracia zyli glownie z produktow wlasnego trudu. Gdy zebrali sie na ta uczte, mnich z wizyta otworzyl muzyke i byl to nie religijny utwor, lecz wspaniale “Labedziowe jezioro” tego grzesznika Czajkowskiego! Reakcja byla nalezyta: jestesmy tylko ludzmi, zas niektorzy paradoksalnymi “wspanialymi smiertelnikami.”